Archiwa tagu: Transylvania

Tak to robimy w Rumunii

Tym razem formuła trochę inna. Postanowiłam odbudować relacje z językiem polskim, bo razem z Yo wciąż lecimy w Kinyoish. On ostatnio po polsku nauczył się: Cześć, tu szalone ziomki z Bukaresztu, a ja po francusku Jesteś starą kiełbasą. Z rumuńskim też mizernie – zatrzymałam się na zdaniu Nie jestem chłopcem.

Zwykle zdjęć robię dużo, a gadam mało, ale coś się zmieniło i zdjęć też robiłam dość mało. Przynajmniej takich, za które nie muszę się wstydzić. Ok, może przesadzam, ale jedno się zgadza: mam sekretne konto na stockowym serwisie i cykam bzdury z potencjałem komercyjnym i z potencjalnie grubszym hajsem na paypalu.

Z tą potrzebą słowa wstępnego może być też tak, że to jednorazowa akcja, i że to w ogóle jest słabe i bardziej obciachowe niż zdjęcia o niczym. Jednak bez przeczekiwania aż mi przejdzie, piszę.

Rumuńskie posty robiłam średnio co dwa miesiące, no ale do marca była raczej fotobieda i z dwóch miechów zrobiły się cztery. Dlatego na najstarszych bukaresztańskich zdjęciach jest resztka styczniowego śniegu w lutym.

W rozkwicie wiosny, my akurat musieliśmy jechać w jakieś zimniejsze miejsce. Jak na przykład Polska. Złamaliśmy przez to naszą pierwszą mărțișorową tradycję. Mărțișor, to bransoletka z białej i czerwonej nitki, którą się daje najbliższym i nawet dalszym też (np. ludziom w pracy można dać). Nosi się ją cały miesiąc, a ostatniego dnia marca przywiązuje do drzewa owocowego. Cały proces przynosi zdrowie, pomyślność i w ogóle samo dobro. Motyw z drzewem zrobiliśmy wcześniej z obawy, że jabłonki jeszcze nie kwitną w Małopolsce, a tylko po kwiatkach mogę je rozpoznać. Marzec poświęciliśmy na rozpamiętywania Szetlandów, szukaniu idealnego drzewa i nowego mieszkania. Wiem, ze to nieelegancko pisać o kimś brzydkie rzeczy w internecie, ale nie mogę ciągle powtarzać jak superowi są tutejsi ludzie. Jest na bank jeden dupek w Bukareszcie. Jest to kobieta od poprzedniego mieszkania, która nie pozwoliła mi dokończyć bardziej merytorycznego zdania na żywo, wiec teraz sobie pozwolę tak: Wracaj do zadka matki szatana, hej! Teraz mieszka nam się milion razy lepiej.

Zimniejsze miejsce w kwietniu było dla nas w okolicy Zărneşti. Góry. Pojechaliśmy prawda w tych miejskich kurteczkach na +15. Przynajmniej miałam gumiaki w brokat z podeszwą od ciągnika, więc się tak nie ślizgałam na śniegu z deszczem i śniegu z gradem. A i palinkę na gorąco mogłam kosztować bez wyrzutów, co by zapobiec przeziębieniu. Żart. Można sobie wyrzuty darować jeśli się jedzie w góry w trzydziestaka rumuńsko-francuskiego. Palinka jest wtedy tak oczywista, jak siku po przebudzeniu.

Po miniaturową dawkę śniegu w maju pojechaliśmy ze znajomymi z Dużego Paryża (niektórzy nazywają Bukareszt Małym Paryżem, ja raczej nie, tak samo jak nie nazywam Warszawy  Małym Berlinem) do Sinaia w górach Bucegi. Sinaia jest malowniczym miasteczkiem bla bla bla. Jak coś jest nazwane malowniczym, to od razu wyłączam, bo nie lubię słowa. Jaka jest, opiszę przykładem. Poznałam jakiś czas temu osobę, która może narzekać na wszystko, ale tak bardzo na wszystko, że nie wiadomo, czy to na poważnie, czy jakaś komiksowa postawa, bo absolutnie nie wynika to z gburowatowości czy frustracji. No i gość mówi, że: Sinaia może być. Proste.
To tu dowiedziałam się, że Cota nie jest nazwą góry, tylko nudno oznacza wysokość. Dzięki temu mam najgorszą wymówkę świata, żeby jednak rumuńskiego się nie uczyć. Prawdziwe znaczenie słów, których dźwięk działa na moją wyobraźnię, rujnuje mi romantyczną wizję Rumunii.
Z cota 2000 schodzenie jest meczące nie tylko fizycznie. Z końcem widoków i początkiem ciemnego lasu wychodzi ze mnie parszywy leń z obsesyjną myślą, że przecież z 1400 to moglibyśmy już sobie zjechać kolejką. Na szczęście ludzki organizm wie co robi, produkując te całe endorfiny i jakoś mi się wyparło wspomnienie umierania z nudów na kolejnych metrach w dół.

Ostatnie kopki śniegu były na poboczach Transalpiny, która jest trans przez góry Parâng. Mając niecałe dwa dni na przejechanie jej z północy na południe, ze spaniem w Alba Iulia, wiadomo było, że łazikowania za dużo nie będzie. To był mój pierwszy road trip z tylnego siedzenia. Przednie – królewskie, piastował mój brat. Zdjęcia „z po drogi” w takiej sytuacji nie są super lekkie, ale do zrobienia. Przy co chwilę odpiętych pasach (dla lepszego kadrowania) strasznie rzuca po siedzeniu. Mimo wszystko o to chodziło – mieliśmy się przejechać najbardziej spektakularną drogą Rumunii. To był czerwcowy długi weekend. Mieliśmy tę przyjemność na początku miesiąca, bo pierwszy raz w tym roku, Dzień Dziecka był wolnym od pracy, a Zielone Świątki wypadały w poniedziałek. Pięciodniowy weekend oznaczał też, że w parku koło mnie, dzieci nie świętują tylko przez jeden dzień, a prawie cały tydzień. Jak również, że nie ma obaw o długie kolejki po jedzenie na festiwalu food trucków, bo wszyscy najedli się w poprzednie dni.

Bukareszt już totalnie letnio. Karaluchy wyszły z ukrycia, zachód słońca jest po 21, uliczne polewaczki zastąpiły ciężarówki ze śniegiem na pace, więc księżniczki mogą chodzić po czystym (sezon ślubny w pełni, a goście tacy piękni). Tak to się robi w Rumunii.

1234567891011121314151617181920212223242526272829303132333435363738394041424344